juz prawie wakacje!

732239a1a268ca7a618aca04d874f589

Reklamy

Przeznaczenie

Kiedy rok temu Pawel wyruszyl na podboj Norwegii, ja (jako wzorowa matka i pedagog w jednym) rozpoczelam poszukiwania idealnego przedszkola dla naszego niespelna 12 miesiecznego trola. Jednym z tych, ktore znalazlam na mapie Lillehammer, a ktore to oczarowalo mnie od pierwszego, internetowego wtedy jeszcze wejrzenia bylo przedszkole, ktore mijam obecnie kilka razy dziennie a to dlatego, ze znajduje sie dokladnie…pod naszym domem! Ot, taki zbieg okolicznosci :-)  Ale co najwazniejsze juz 1 sierpnia Bruno rozpocznie w nim swoja przedszkolna przygode. Postanowilam, ze napisze o nim slow kilka bo prowadzone jest metoda a raczej podejsciem, systemem, ktorego w Polsce jako stricte tak nazwanego nie ma, a z ktorym i ja spotkalam sie po raz pierwszy wlasnie tutaj. Mowa o Reggio Emilia.

Reggio Emilia to miasto w polnocnej czesci Wloch. Jak dowiedzialam sie z wszystko wiedzacej Wikipedii urodzil sie tam Zucchero (LOL) i co najlepsze, powstal tam nasz polski hymn czyli Mazurek Dabrowskiego! Polski watek zawsze i wszedzie musi sie przewinac a jak!

Wracajac jednak do tematu. Przedszkole Reggio Emilia to kwintesencja idei podazania za dzieckiem, skupieniu sie na jego indywidualnym potencjale i czerpania z jego naturalnego zaciekawienia otaczajacym swiatem. Wlasciwie zglebiajac sie w jej zalozenia od razu mozna wyczuc jak wiele wspolnego ma z pedagogika Montessori czy Waldorfska/Rudolfa Steinera. Z reszta oba te podejscia sa osadzone w edukacji skandynawskiej bardzo mocno.

Reggio Emilia to siec placowek wczesnego wychowania, ktora zostala zalozona przez spolecznosc tego wloskiego miasteczka kilkadziesiat lat temu i kontynuowana jest do dnia dzisiejszego. Jest to wzorcowy przyklad tworzenia przestrzeni demokratycznej, ktora w naturalny sposob skupia spolecznosc lokalna, nauczycieli, rodzicow. Jednym slowem wszystkich tych, ktorzy maja wplyw na wychowanie naszego dziecka. Bo podstawa w tym wlasnie przedszkolu jest dziecko, ktore samodzielnie mysli i dziala. Dziecka, ktorego naturalna potrzeba jest komunikacja z otaczajacym swiatem oraz potrzeba wyrazania siebie na wiele ronych sposobow. Rola doroslych zas jest towarzyszenie, wspieranie w rozwijaniu potencjalu ale przede wszytskim robienie wszystkiego co tej ciekawosci i checi poznawania nie zniszczy. Pieknie!

Jak wyglada Reggio Emilia w praktyce przekonamy sie juz niedlugo. Mozecie wiec liczyc na serie wpisow o tematyce przedszkolnej.

Tymczasem dwoimy sie i troimy co by nie zabic tego co najlepsze w naszym dziecku czyli milosci do spacerow, koparek i… jedzenia oczywiscie ;-)

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with x1 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

wczasy

losowo wyrwany wlos z brody ma juz ponad 5 cm, od 3 tygodni twarz myje szamponem. zima w LHMR piekna i nie taka sroga. wcale nie przeszkadza nam snieg (teraz bedzie juz z pol metra), minus 15 i chwilowy brak swiatla. szczerze mowiac wole to niz taplanie sie w blocie przez 4 miesiace.

w miedzyczasie kasztan z pol-samodzielnego, uroczego bobasa zmienil sie w wrzeszczacego terroryste, ktory stawia najbardziej absurdalne zadania (żądania). wielka szkoda, ze ostatnio moje komunikaty sprowadzaja sie glownie do zakazywania. i pewnie srednio go interesuje moje rozbudowane tlumaczenie dlaczego akurat nie powinien wpychac monet w miejsce gdzie normalnie wjezdza plyta cd. i wcale nie pomaga fakt, ze ten straszny etap zbiega sie akurat z probami odstawiania smoczka, ktory w przeszlosci ladnie pacyfikowal nawet najwieksze zamieszki. ale wiadomo – konsekwencja, blaahhh. glupia i smutna sprawa. ale jakos nie poczytasz o tym na wszystkich tych blogach parentingowych. jak juz pisza o wszystkim, to o wszystkim… w ogole jak oni robia, ze te ich dzieci sa zawsze tak ladnie ubrane i nigdy nie sa brudne? nasz cale dnie chodzi w rajtuzach (ma nawet takie z dziura na duzego palucha) a koszulki sa tylko czyste kiedy wisza na suszarce. widzialem kiedys na jednym takim blogu galerie dziecka w swoim super outficie w srodku jesieni – czyste i wyprasowane, usmiechniete i bez wiszacych gili. jak?! jest jeden taki ojcowski blog (nie, nie tata w pracy – ten juz jest jak TVN), ktory fajnie prezentuje takze smierdzaca strone rodzicielstwa. polecam ojca roku – mysle zebysmy sie polubili!

dokladnie za tydzien moj kolega z biura rusza w 3-miesieczna wyprawe po azji-oceanii-usa. czyli wszystko to, czego mnie przez ostatnie miesiace uczyl i co robilimsy wspolnie, od 1 lutego bede robil sam. po raz pierwszy w zyciu bede sam prowadzil zajecia, ba! w marcu bedzie mid-term exam ahahha. z tej okazji poszlismy wczoraj na dyske. tak sie sklada, ze bambi sie sklada po 2 piwkach i za bardzo ceni sobie dobry sen. wiec, bez wiekszych wyrzutow polazlem tylko ja. w lokalu spotkalismy naszych (miedzynarodowych) studentow. ahh, ta mlodziez teraz… no dzikusy :)

na koniec rekomendacje. zaczne od no-go. „imitation game” – chryste, ale szmira! taka zbieranina wszystkich tych cliche-elementow: wojna, romans, dziwak, gej, piekny umysl, bullying w szkole, srogi, sceptyczny dowodca i agent *taki rowny gosc*, niedowiarkowie w przyjaciol. strasznie denny film. wspolczuje kazdemu niemcowi, ktory poszedl na to do kina! nie polecam. ale polecam 2 inne, do ktorych pewnie wiekszosc z was, patrzac na obsade, podejdzie z dystansem. numer jeden – „fox catecher” z s. carellem (the office nie wiele powie, wiec „40-letni prawiczek”) i czajningiem tatum (glownie gowniane filmy). super mile zaskoczenie! panowie z glowki rozwalili front szuflady, w ktorej siedzieli przez lata. obie role na medal! ale to nic w porownaniu z tym co pokazala jennifer anniston (wiem!) w „cake„. fajnie niedopowiedziana historia i w koncu jenn jako kobieta-czlowiek, ze zmarchami i odrostem. bhawoo! przesadzili tylko troche z tym swetrem na depresje heheh. z muzyki polecamy madrugada – wydaje mi sie, wczesniej o tym slyszalem, a ostatnio mialem okazje w koncu posluchac. dziwne, nie przepadam specjalnie super mocno za nickiem cavem, REM i pearl jam, a madrugada to to wszystko razem i sie podoba. i nie dlatego, ze z norwegii…

koncze. dziecko. nizej fota od mamy bambi:

IMG_8354

15 minut

Processed with VSCOcam with f2 preset

Zima to przepiękna pora roku. Tak długo jak przypomina zdjęcie z instagrama pod tytułem nogi w butach emu zanurzone w 10 cm puchu albo Kasie Tusk w wełnianym swetrze z nostalgią patrzącą przez okno na opadające płatki śniegu. Żeby nie było, nie żalę się absolutnie. Po prostu dzisiaj do mnie dotarło ze to chyba pierwsza, regularna zima, której dane mi jest doświadczać tak w pełni świadomie. Ba! Kupiłam nawet wielkie śniegowce, nie było wyjścia.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Jest pięknie. Śnieg pada praktycznie non stop. Temperatura oscyluje w okolicach -10. Wyjście na spacer, do sklepu po podstawowe produkty to niemal jak wyprawa Jaska Meli na biegun północny. Nie żartuję. Tu apel: ludzie z Polszy, dziękujcie panu Bogu czy innemu Buddzie za Małpki i Żabki na każdym rogu.

Każdy kto ma dziecko rozumie o czym mowie. Przygotowanie siebie i dziecka na wyjście zimową porą na zewnątrz to po prostu jeden wielki płacz, gil, hektolitry potu i czasem kupa, dosłownie:) Tak było i dziś. Opcja bez kupy ;)  Na całe szczęście po części przygotowawczej następuje upragnione wyjście na zewnątrz, ulokowanie małego człowieka w saniach i…ruszamy! Pierwsze chwile są przyjemne. Białego puchu po kolana, sanie lekko suną, śnieg sypie w oczy, dziecko się cieszy. Mniej więcej w połowie drogi przez płatki śniegu zalegające na rzęsach widzę niewiele a dziecko jeszcze mniej czemu daje wyraz dość głośnym pojękiwaniem. Sytuacje na szczęście ratują auta, koparki i wielki odśnieżarki, które mijają nas co chwile. Mniej więcej na ostatniej prostej dziecko rozpoznaje, że sklep już blisko wiec nie marudzi tylko się cieszy. Świetnie. Pod sklepem przesiadamy się w sklepowy wózek i zaczynamy w miarę sprawna akcje zakupową. Jeśli wyrobię się w 15 minut to będzie dobrze, dziecko wysiedzi bez konieczności wyciągania go, jeśli nie to niestety mam prz***bane. Ani zakupów, ani niczego nie będzie. Fuck Yeah!

Dzisiejsze zakupy to wersja pierwsza czyli wszystko pięknie i ładnie, dziecko urocze i grzecznie siedzi. Tak mniej więcej w 10 minucie zakupów miedzy regalem z psim jedzeniem a kawą zagaduje do mnie starszy pan, na oko grubo po 70. Mówi dużo i szybko wiec nawet nie staram się go zrozumieć, przechodzi płynnie na angielski. Zadaje pytanie czy ten oto mały chłopiec siedzący w wózku jest moim największym darem od życia/boga? Myślę, co on Jehowy? Taka rozmowa przy żarciu dla psów i kotów? Whaaa? Jak się po chwili okazało, jest lekarzem a jego żona położną, którzy wiele lat spędzili na misjach w Afryce pomagając, lecząc, odbierając porody ale też patrząc na śmierć wielu przyjaciół… Oboje uważają, ze dziecko/jego narodziny to coś najpiękniejszego jak i sens naszego życia na tym marnym świecie. I w sumie to tak tylko chciał się przywitać, zapytać o imię i życzyć nam wszystkiego co najlepsze.

Zapakowaliśmy zakupy, załadowałam mój mały, życiowy dar do sanek i pojechaliśmy do domu gotować zupę.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Przygoda z ulubioną książką pana B.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Oto książka, którą Bruno pokochał od pierwszego wejrzenia. Właściwie nie wiem dlaczego i cały czas się zastanawiam w czym tkwi jej sekret. Format mu tak bardzo odpowiada? Ilustracje? Hmm…fakt, są bardzo oszczędne, ot grupa małych, kolorowych, zabawnych ludzików jakby nabazgranych długopisem w zeszycie od matmy ;) Jest to prosta książka dla maluchów do nauki kolorów i liczenia od 1 do 10. Na każdej stronie obok ilustracji  znajduje się też krótka i wesoła rymowanka. I to właściwie tyle. Skandynawski minimalizm:) Fotografie mówią wszystko. My lecimy na sanki! Do następnego!

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Wpis powstał w ramach projektu:

Print

Super Dickmann!

Och, dzieje się u nas ostatnio całkiem sporo. Patrząc z perspektywy ostatnich tygodni, które obfitowały raczej w regularne, powtarzające się czynności białej rodziny takiej jak praca, gotowanie, spacery i wychodzenie z psem to nagle jakby coś przyspieszyło…

Zaczęło się od upadku Bruna i uderzenia zębami w półkę na buty. Oczywiście uderzenie było tak precyzyjne i przemyślane, że prawa jedynka B. cofnęła się do wnętrza paszczy, krew się polała, pies schował się za kanapę a mnie zalała fala strachu, którego wcześniej nie znałam. Żeby dalej nie drążyć tego niezbyt przyjemnego zdarzenia pozwólcie, że zakończę zdaniem: wszystko skończyło się dobrze. Ząb wrócił na miejsce, pies też a i ja doszłam do siebie po kilku godzinach.

Zaliczyliśmy również pierwsze spotkanie z norweską służbą zdrowia (nie dotyczy poprzedniej historii ;) Bruno otrzymał strzał ze szczepionką MMR, której warto zaznaczyć, bałam się okrutnie jeszcze będąc w Polsce i odraczałam ją w nieskończoność. Sanepid na szczęście nie zdążył nas namierzyć a my w międzyczasie zdążyliśmy znaleźć się na norweskiej ziemi. Nie, nie jestem zagorzałą przeciwniczką szczepień, nie działam w ruchu anty szczepionkowym, uważam jedynie, że kwestie jakości szczepionek jak i czasu ich podawania powinny zostać poddane poważnej dyskusji i kategorycznym zmianom. A i sama decyzja o szczepieniu (lub nie) własnego dziecka powinna zostać pozostawiona rodzicom bądź opiekunom. Tyle. Wracając do naszego szczepienia. Bruno w końcu je otrzymał. I uwaga! Po raz pierwszy nie płakał. To nie magia, po prostu całe wydarzenie odbyło się tak jak powinno. Nie było stania w kolejce w dusznym korytarzu przychodni, pośpiechu i wbiegania do „zabiegowego” na zawołanie „niech wejdzie i rozbierze”, „niech odsłoni prawe ramię” itd.

Było za to powitanie, zapoznanie się, czas na rozmowę (nie półgodzinną ale zamienienie kilku zdań, żeby lepiej poznać dziecko, zapytać jak się rozwija, tylko tyle i aż tyle) i zabawę. Co ważne zabawki były na podłodze, na półkach, na matach do zabawy. Pewnie są polskie przychodnie, które mają miejsca przygotowane dla dzieci, fancy kąciki zabaw z zabawkami z Ikei, odmalowane, w kolorowe motyle i smerfy. Super. Z naszej przychodni, do której chodziłam z B. pamiętam tylko okurzone, wyblakłe misie bez oka i plastikowe lale, które leżały między paprociami na szafie z kartami szczepień. Pani pielęgniarka uwielbiała wskazywać palcem na te misie przed wykonaniem strzału lub czasem zdarzało się, że po niego sięgała i machała nim przed oczami już w momencie, kiedy dziecko darło się wniebogłosy. Zabawnie się teraz o tym pisze… tak czy siak, jesteśmy już po bezbolesnym wkłuciu no i B. ma się świetnie.

O czym to ja jeszcze chciałam… ostatnimi czasy więcej pracuje. Jako, że mamy przedświąteczny okres czyli tradycja narodowa norwegów Julebord właśnie teraz przybiera najwyższych obrotów. Wszyscy bawią się i piją. Do upadłego! Kelnerowanie w takich warunkach jest naprawdę zabawne, choć odrobinę wyczerpujące ;)

Aha, pozdrawiamy dziadków! Wiemy, że przebierają nóżkami bo już za 14 dni wnuk zjawi się na polskiej ziemi. Bójcie się, nadjeżdża żarłok!

Czy ktoś kojarzy tę reklamę z lat 90? W naszym domu na stałe przyjęło się określenie „Super Dickamann” :)

nowe

wciaz czekamy na snieg, ktory polezy dluzej niz 2 dni. kostium jesienny bruna zostal uzyty moze 5 razy, wjechala wielka, zimowa kurtka i sniegowe spodnie ale na te troche jednak za wczesnie. odnosze wrazenie, ze pomiedzy wrzesniem a majem dziecko tu powinno miec przynajmniej 10 kombinacji outdoor outfit: gumowe, jednoczesciowe na super deszcz, szelesczace jednoczesciowe na semi-mokre dni, regularne spodnie i lekka kurtke na cieplejsze, suche, jesienne wyjscia, kombinezon zimowy na snieg, osobno zimowe spodnie na szelkach i gruba kurtka, osobne spodnie na zimne, suche, bez sniegu, lekkie nieprzemakalne spodnie kiedy w koncu nauczy sie dobrze chodzic itd. do tego rozne buty, czapki, rekawiczki, bielizna za milion… nie wiem czy to kwestia tutejszego klimatu. moze dalismy sie nabrac na oferte sklepow? nie wiem, nie mialem nigdy wczesniej dzieci. sam nie pamietam jak mnie mama ubierala… wiem jednak, ze nic nie uchroni dziecka, ktore wpada glowa w kaluze, bul bul bul, wtedy jest niezwlocznie powrot na chate :)

tylko w tym tygodniu bylem 3 razy na poczcie odbierac przesylki z kolejnymi elementami stroju na zime dla malego. sam wracam do domu po pracy caly mokry, z dracha na plecach po sam kark. ale nic, wazne zeby dziecko mialo „cieple i porzadne”, tata poczeka z zakupem lampki do roweru i blotnika (dalej jezdze!) jeszcze miesiac. albo dostanie pod choinke (jee, co za prezent!). w styczniu moze odlozymy na specjalne spodnie na rower, takie na niepogode (min. 250 zl), ale wtedy to juz pewnie bedzie tak pizgalo, ze po 100 m jazdy odpadnie mi leb.

wczoraj bylismy w centrum handlowym na zakupach (wiecej ubran dla malego). normalnie dojscie zajmuje nam ok. 30 min. z wozkiem, przeciez nie z autem – to sprzedalem zeby moc tu przyjechac. z chodzacym dzieckiem i kaluzami, ok. 1,5 h. i nie, wcale nie bylo duzo pieknych, kolorowych lisci i dziecko nie pozowalo do zdjec w swoim nowym wyjsciowym stroju firmy xxx. stalismy jak te pajace na mrozie i cieszylismy sie z kazdego metra, ktore dziecko pokonalo w dobrym kierunku. juz myslelismy, ze w sklepowni sie ogarniemy, chwile odsapniemy od biegania za malym. nic bardziej mylnego, pozycja zgiety_w_ pol i w kolko, „cho”, „zostaw”, „bambi, patrz na dziecko, ja ide zobaczyc te czapki”, „bambi, gdzie on jest?”. hop na rece – ryk i od razu schiza, ze go nam za to barnevernet zabierze… koszmar, zapomnielismy kupic polowe tego po, co w pierwszej kolejnosci poszlismy hehhe.

cud, ze w drodze powrotnej przykimal na chwile w wozie. ale nie poszlismy pospacerowac i cieszyc sie widokami. jedno z nas kolowalo na tym mrozie z wozkiem (krecilo sie w promieniu 100 m od_), drugie robilo szybkie zakupy spozywcze (bo przeciez w niedziele wszystko zamkniete). i po powrocie nie bylo cieplej czekolady pitej oburacz, byl odgrzany obiad i dalsze ganianie za dzieckiem po domu i znowu spacer, tym razem z psem. i znowu nie usiadlem na kanapie w weekend. mama-bambi usnela o 22 po 0,66 piwa. ahhhhh… ale sobie odbijemy na swieta, sasaasa!

koncze, musze zajac sie dzieckiem.

ktos wie co to za stwor?

tumblr_ndgv0biJqA1qewacoo2_500

Niegrzeczna przygoda z książką

Długo głowiłam się co takiego zaproponować Wam tym razem z norweskiego, książkowego „podwórka”. Na ostatnich zakupach ustrzeliłam 3 piękne książki. Pojawił się jednak mały problem, gdyż jedna z nich wydana jest w wersji nynorsk. Musicie wiedzieć, że w Norwegii obowiązują dwie odmiany oraz zapisy języka norweskiego – nynorsk oraz bokmål. Nynorsk jest używany bardzo rzadko, przez jakieś 15-25 % (jak podaje Wikipedia) mieszkańców. Zapis dla mnie jako człowieka uczącego się dopiero tego języka, jest nie do przetłumaczenia. Ogólny sens książki jestem w stanie zrozumieć natomiast bez szczegółów niestety. Na razie więc pozostało oglądanie ilustracji :)

Kolejna to przepięknie zilustrowana i wydana, ponad 150 stronicowa opowieść o Norwegii w czasie wojny, narratorem której jest mała dziewczynka. Ale to pozycja na kolejny wpis. Obecnie pozostaje w fazie tłumaczenia, mam nadzieję, że do „następnego razu” się wyrobię :)

No i trzecia! Zacznę od tego, że posiadamy wersję tej genialnej (moim zdaniem) książki w języku polskim. Więc gdy tylko zobaczyłam wydanie oryginalne od razu zapragnęłam je mieć. Grzeczno-niegrzeczna książka duetu Gro Dahle i Sveina Nyhusa pt. „Snill” czyli „Grzeczna”.  Pewnie niektórzy z Was znają tę i trzy pozostałe pozycje („Tato”, „Włosy Mamy” oraz „Zły Pan”). Wszystkie poruszają niezwykle trudne emocjonalnie tematy relacji między dziećmi a dorosłymi. Zostały wydane w Polsce przez wydawnictwo EneDueRabe.

Processed with VSCOcam with t1 preset

Wiele pięknych i wartościowych słów padło pod adresem tej książki. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko je powtórzyć. Pamiętam jak dziś, jak po przeczytaniu i obejrzeniu ilustracji „Grzecznej” zaschło mi w gardle i łzy stanęły w oczach. Przecież i ja byłam takim dziewczęciem wychowywanym w tradycyjnym, polskim modelu grzecznego dziecka! Grzeczne, ładne, spokojne, czyste, ciche, nie przeszkadzające, niemówiące „nie”, niezauważalne jak Lusia… Dzisiaj, z perspektywy czasu doskonale to rozumiem.

W Polsce pewnie książka nadal szokuje, jak publiczne karmienie piersią ;)

Jak ktoś ma ochotę dowiedzieć się trochę więcej o autorach, to tu znajdzie wywiad z ilustratorem książki panem Nyhusem.

Processed with VSCOcam with f2 preset Processed with VSCOcam with f2 preset Processed with VSCOcam with f2 preset Processed with VSCOcam with f2 preset Processed with VSCOcam with f2 preset Processed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with f2 preset

Wpis powstał w ramach projektu:

Print

Nasza przygoda z książką

Dołączyliśmy i my! Cudowny projekt o książkach, czytaniu i zarażaniu dzieci tą najwspanialszą z pasji. I choć człowiek nasz mały jeszcze bo zaledwie 15 miesięczny, to już dobrze wie co oznacza te kilka kolorowych, szeleszczących i pachnących drukiem kartek. Oczywiście jego pierwsze kontakty ograniczają się do mazania oślinionym palcem po stronicach i ciągłym pytaniem: „cio to?” ale my jako dzielni, młodzi rodzice się nie poddajemy i z cierpliwością mu odpowiadamy.

No i czytamy. Codziennie. Nie przed spaniem czy po kąpieli, po prostu czytamy. W wolnej chwili mojej czy taty Bru. Bez ograniczania się do konkretnych pór dnia czy rytuałów. Książki są obecne dookoła nas przez cały czas (na półkach, podłodze, w szufladach – schowane oczywiście przez B.), naturalnie. I w taki też sposób po nie sięgamy. Najmocniej jednak w ostatnim czasie zauważam terapeutyczną wręcz, uspokajająca ich moc. Kiedy B. marudzi, stęka, jest trochę przemęczony zabieram go do jego pokoju i zaczynamy czytać. Na moich oczach dzieje się magia. Bruno wycisza się, słucha, pogodnieje, wertuje w skupieniu strony. Jest pięknie. No i piękne są nasze książki. W większość z nich zaopatrywaliśmy się jak B. był jeszcze całkiem mały. I nie ma co kryć ale kupowaliśmy je dla siebie. Nie wstydzę się głośno powiedzieć: „tak, czytam książki dla dzieci!”.Swoją drogą chyba nawet jest taka grupa na fejsie:)

Zakamarki, Dwie siostry, Ene Due Rabe… gdybym mogła wydałabym wszystkie norweskie korony na ich wydawnictwa! I choć nasza biblioteczka jest już całkiem spora, stale się powiększa i niedługo będzie problem z ich umieszczeniem w miejscu innym niż podłoga, to naprawdę ciężko odmówić sobie kolejnych. Szczególnie w kontekście naszej nowej sytuacji życiowej czyli zmiany miejsca/kraju zamieszkania… a, że jest to Skandynawia, to fani literatury dziecięcej wywodzącej się właśnie stąd zrozumieją co mam na myśli ;) Jestem w raju! I z tego raju postaram się wykraść dla Was kilka pięknych, wartościowych i ciekawych ale też mam nadzieję nie znanych Wam tytułów.

Po przydługim wstępie, zapraszam! :)

Właściwie to już nasza druga pozycja tego autora, o pierwszym znalezisku w sklepie z używanymi rzeczami jak i samym autorze pisałam kiedyś tu. Tym razem Ragnar Aalbu postanowił pokazać nam z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru co takiego robi pies, kiedy już wszyscy wyjdą z domu a on zostanie zupełnie sam. No bo przecież nie możliwym jest, żeby zwierz przez te kilka godzin tylko spał, wylegiwał się na kanapie czy jadł, nieprawdaż? :) Tajemnica zostaje odkryta a piękne i zabawne ilustracje (ach, te kolory!) oddają każdy szczegół.

Processed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with f2 preset

Wpis powstał w ramach projektu:

Print

o BLW słów kilka

Bruno je wszystko. No, prawie wszystko. W takiej samej postaci jak my. Pierwszego brokuła w całości pochłonął jak miał 7 miesięcy. Praktycznie ominęliśmy etap papek. Nie gotuję dla niego osobno dań od czasu kiedy mniej więcej skończył 12 miesięcy, a może i nawet trochę wcześniej. Postępuję zgodnie z posiadaną wiedzą na temat żywienia dzieci, intuicją, obserwacją i zasadami metody BLW czyli dla niewtajemniczonych Baby Led Weaning a po polsku Bobas lubi wybór. BLW to gładkie i zdrowe przejście od piersi do talerza. Ok, może nie do końca tak gładkie. Wymaga dużo cierpliwości, czasu i krzepy w rękach do sprzątania powstałego bałaganu…no chyba, że mamy psa, co bardzo ułatwia cały temat :) Potrzeba też (a właściwie to przede wszystkim) dużej dozy zaufania do dziecka i oddania mu w pełni steru w kwestii wyboru tego co zje, co wyrzuci, co rozetrze, wypluje czy wyleje. Pewnie, czasem nie jest łatwo patrzeć jak dziecko gardzi przygotowaną w pocie czoła i pięknie podaną owsianką z eko kaszy, z eko owocami ale warto zacisnąć zęby i próbować dalej. Naprawdę, dziecko jest w stanie zjeść szpinak z takim samym apetytem jak ciastko. Ok, może nie takim samym, wiadomo, nie ma tego błysku w oku ale generalnie jest możliwe, żeby małe dziecko jadło warzywa na równi z mniej zdrowymi przekąskami ;) Pierwsze lata życia dziecka, jego kształtujące się nawyki żywieniowe to bardzo ważny czas, który determinuje jak zdrowym będzie człowiekiem w przyszłości. Warto o tym pamiętać.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Bruno kocha gruszki!

Mapy

Processed with VSCOcam with t1 preset Processed with VSCOcam with t1 preset Processed with VSCOcam with t1 preset

Dostaliśmy i my! Super sprawa i naprawdę akcja godna pochwały. Czasem jednak udaje się zrobić coś fajnego w naszym kraju. Mapa autorstwa świetnego jak zawsze duetu Mizielińskich. Tu możecie zamówić jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Poczta Polska wysyła za free nawet na koniec świata ;)

cebula

Miesięczne normy opadów przypadające na jednego mieszkańca Trolowni nieubłaganie idą w górę… a powszechnie wiadomo, że w czasie deszczu dzieci (i dorośli) się nudzą. Spożywając dziś drugie śniadanie z Brunem (wart odnotowania jest fakt, że oboje jedliśmy kanapki z dużą ilością cebuli) wpadłam na genialny pomysł delikatnego ogarnięcia jego włosów, czytaj obcięcia ich nożyczkami do papieru. Kilka skłonów, półobrotów i dwa okrążenia po naszym mieszkaniu zaowocowały ciekawą odmianą małego człowieka. Nie wiem czy jest do końca zadowolony z efektu, ciężko było uchwycić fryzurę jak i emocje na zdjęciach ale proszę, oto nowy On.

Aha, towarzyszący na fotografiach but jest codziennym elementem gier i zabaw.

Processed with VSCOcam with b5 preset Processed with VSCOcam with b5 preset Processed with VSCOcam with b5 preset Processed with VSCOcam with b5 preset

Bryst er best!

No jest i koniec kropka. Tutaj nikt nie ma wątpliwości, że może być inaczej. Wiecie, że 98% norweskich kobiet po porodzie karmi swoje dziecko piersią? Imponujące! W 6 miesiącu życia pociechy, robi to nadal 80% mam. Co by nie mówić trochę blado wypadamy, z resztą nie tylko my ale np. Francja również. Wiadomo nie zawsze było tak pięknie i kolorowo. Lata pracy, edukacji, walk organizacji pozarządowych, wreszcie samych mam, które wspierały się i promowały karmienie piersią. Wreszcie pomoc rządu. Trud się opłacił, wskaźniki nie kłamią. Nie kłamią również półki sklepowe, na których nie uraczysz setek kolorowych pudełek z mm (mlekiem modyfikowanym) z różowymi dzidziusiami i wymuskanymi mamami w bieli. System wsparcia i pomocy po porodzie działa świetnie. Ot, taka strona na przykład Ammehjelpen. Wszystko na niej znajdziemy. Porady, odpowiednie informacje, telefony, adresy, forum, jest i sklep z odzieżą i bielizną do karmienia. Sprawnie i funkcjonalnie w jednym miejscu, bez zbędnego błądzenia w internetowym gąszczu linków i stron. Można? Można! Owszem, to wszystko wymaga czasu, pracy u podstaw i zmianach w myśleniu no i silnego wsparcia ministerstwa zdrowia…ale da się.

I czuję, że się uda. Kto ciekawy niech popatrzy co robi Kwartalnik Laktacyjny. Dzięki takim osobom jest szansa, że coś zmieni się również w Polsce, tak jak kiedyś tutaj. Brawo!

obraz_big_wyspianski